poniedziałek, 9 stycznia 2017

Z pamiętnika wcześniaka: Historia o tym, że nie zawsze w brzuchu jest najlepiej

Listopad 2013 roku. Hania ma nieco ponad półtora roku, a w moim brzuchu siedzi już kolejna lokatorka, która ma przyjść na świat już pod koniec stycznia. Wtedy po raz pierwszy badanie USG trwa dłużej niż zazwyczaj. Nawet w pozycji horyzontalnej widzę niepokój na twarzy lekarza...

W 32. tygodniu lądujemy na oddziale ciąży powikłanej. Matylda jest zdecydowanie za mała jak na ten etap ciąży, teoretycznie ważny niespełna 1200 gramów. Aparat ultrasonograficzny wylicza, że ma wymiary i wagę płodu na etapie 27.-28. tygodnia. Trafiam na salę z dziewczyną po terminie. Śmiejemy się, że powinnam oddać jej swój zapis USG, chociaż w duchu wcale nie jest mi do śmiechu. Lekarze faszerują nas lekami, między innymi na rozwój płuc Matyldy, i na szczęście po czterech dniach wypuszczają. Wracam do domu z totalnym absolutnym zakazem podnoszenia HaNuty i przykazaniem maksymalnego odpoczynku. Taak... powiedzcie to półtorarocznemu dziecku. 

Przez następne trzy tygodnie sytuacja jest w miarę stabilna, chociaż w przyspieszonym tempie kompletujemy wyprawkę. Według kolejnych pomiarów Pasażerka niespiesznie, ale rośnie. Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia w całkiem niezłych nastrojach jedziemy na USG. Mina naszego lekarza prowadzącego mówi nam jednak, że spodziewał się lepszych efektów. Dostaję receptę na zastrzyki i umawiamy się na kolejne badania tuż po świętach. Na wszelki wypadek Hania zostaje u dziadków. USG nie kłamie - Matylda nie tylko nie rośnie, ale według maszyny potencjalnie spada wagowo. Do tego organizm zdecydowanie szykuje się do akcji porodowej. 

Wracamy do domu ze skierowaniem do szpitala. Mamy dwa dni na przygotowanie wszystkiego i kategoryczny nakaz stawienia się w szpitalu 30 grudnia. Pamiętam jakby to było dziś. Na IP przyjmują mnie ze zdziwieniem, że mam skierowanie do porodu cztery tygodnie przed terminem. Mam czekać w kolejce, zaś Marcina pilnie wzywa do firmy główna księgowa. "Jedź - mówię. - Pewnie i tak mnie przyjmą na oddział". Zostajemy same - ja i Pasażerka. Na IP robią mi serię badań. USG potwierdza dużą hipotrofię, Matylda odmawia współpracy przy KTG i postanawia się praktycznie nie ruszać. Akcja nabiera tempa. Z oddziału schodzi ordynator. Kilka pytań, kolejne badanie i zdanie, które przesądza o dacie narodzin Matyldy "Ciąża wysokiego ryzyka. Tu mogą decydować minuty. Tniemy". Położna pozwala mi zadzwonić do Marcina, który w ostatniej chwili wpada do szpitala. Ordynator dodaje uspokajająco "Nie zawsze w brzuchu mamy jest najlepiej." Cholera, a ja naiwna znów szykowałam się na OCP, nawet wałówkę poświąteczną mam w torbie. 

Wszystko dzieje się jak w filmie. Na bloku operacyjnym lekarz pyta pielęgniarki, czy zrobi mu po zabiegu herbatę, na co rzucam, że ja poproszę setkę wódki. Atmosfera się rozluźnia. Głupie żarty zawsze w cenie. Czas na znieczulenie i do dzieła. Staram się nie patrzeć w lampy, żeby czasem nie dopatrzeć się odbicia mojego krojonego właśnie ciała. Wyciągają ze mnie Matyldę. Widzę ją tylko przez chwilę. 1950 gramów, niespełna dwie paczki cukru. Położnikowi mieści się w jednej dłoni. To widok, którego nie zapomnę do końca życia. Hanna nie była wielka, 2650 gramów, ale przy niej Matysia wydaje się okruszkiem.





Pierwsze dwa tygodnie życie "ta, która jest silna, odważna w walce" spędza w inkubatorze z serduszkiem WOŚP. Walczy z infekcją, więc trzeba je pomóc w oddychaniu. Na jej malutkim ciałku widać każdą żyłkę. Pielęgniarki na oddziale wcześniaków mówią, że walczy dzielnie i pokazuje charakterek. Ja w tym czasie walczę z produkcją pokarmu i tęsknotą za Pierworodną, która jest pod opieką dziadków. Ubranka na 44 cm na długość są okey, na szerokość zmieściłoby się w nich jeszcze pół Matyldy.

Mnie wypuszczają do domu po tygodniu. Na oddziale poporodowym tłok, nie mogą trzymać mamy, której dziecko leży w innej części szpitala. Od teraz przez kolejny tydzień dwa razy dziennie wozimy Matysi zapasy mleka i wpadamy się przywitać. Dla nas jest niesamowicie maleńka, chociaż zdajemy sobie sprawę, że nie jest skrajnym wcześniakiem. Obok w inkubatorze leży chłopczyk - 1250 gramów.

Równo dwa tygodnie od porodu dzwoni telefon. Tym razem już nie musimy przywozić mleka, ale fotelik i ciepłe ubranka. Wypuszczają Ma~ do domu z wagą 2200 gramów. Zaczynamy nowy rozdział w naszym życiu. O tym, że to nie koniec walki przekonamy się już za niecałe tygodnie...

PS. Do napisania tego tekstu zainspirował mnie ostatni wpis blogowy mojego Męża o WOŚP. My z serduszkiem Jurka Owsiaka spotkaliśmy się już w pierwszych chwilach życia naszej młodszej córki. I nie był to ostatni raz, gdy czerwone serducho nam towarzyszyło w złych chwilach, dodając nadziei, że będzie dobrze. Tekst, chociaż o przewrotnym tytule, oddaje nasz wspólne zdanie o WOŚP. I czekamy na najbliższy weekend, gdy całą czwórką do puszek z czerwonym serduchem będziemy mogli wrzucić chociaż trochę grosza. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz