czwartek, 29 czerwca 2017

#CzerwiecWRuchu - podsumowanie akcji

A miało być tak pięknie... Miesiąc pełen sportowej aktywności, kompleksowo rozpisane treningi, a na koniec miesiąca co najmniej dwa kilogramy mniej na wadze. Jak myślisz, co z tego wyszło? Pełen sukces czy zawaliłam na całej linii?

Muszę przyznać, że czerwiec był mega intensywny, ale tego się spodziewałam. Jak sobie człowiek zaplanuje urlop, to nie może być inaczej. Ilość planów spektakularnie narasta. Szczególnie tych towarzyskich, na które brakuje czasu na co dzień. Tak to jest jak się rodzina i przyjaciele po kraju i świecie porozjeżdżają. Nie jest łatwo synchronizować kalendarze, a urlop nieco temu sprzyja. 

I właśnie takie piękne miałam te plany... Pierwsza część czerwca intensywna pod względem pracy, druga towarzysko, a w to wszystko wpleciona akcja #CzerwiecWRuchu. Ja w tym wszystkim niczym lis z wiersza "I już był w ogródku, już witał się z gąską..." Wszystko toczyło się idealnie aż do zeszłego tygodnia. Ale o tym za chwilę... Jak zwykle odbiegam od sedna.

Wracając do akcji... W maju taka jedna Panna Kwiatkowska wymyśliła, że czas ruszyć cztery litery z kanapy i zrzucić zimową warstwę grzewczą. Skrzyknęła zatem społeczność blogową i zorganizowała #CzerwiecWRuchu. Plan był taki, żeby swoją aktywnością zmotywować Ciebie i innych do zwiększenia swojej aktywności fizycznej. Mam nadzieję, że nasz przewodni hasztag został zauważony w serwisach społecznościowych. Skąd pomysł, żeby się w ogóle do tej akcji przyłączyć? No cóż, waga i lustro nie kłamią, a nawet jeśli tak, to ubrania już na pewno mówiły prawdę. One wręcz krzyczały! Zrzuć kobieto kilka kilogramów, bo za chwilę będziesz wyglądać jak szynka z wędzarni, taka sznurkiem obwiązana. To był krzyk rozpaczy, którego nie można było zignorować. 

Czas zatem podsumować jak u mnie wyglądał #CzerwiecWRuchu. 

Na plus:
  • Wyjęłam z komórki rower, zwany pieszczotliwie czarno-różową kozą. Baa... nie tylko go wyjęłam, ale zagoniłam go do roboty.
  • Przeprosiłam się z bieganiem! A to dla mnie duże osiągnięcie. Nigdy nie była to moja ulubiona aktywność, ale widzę jakie efekty daje. No i uczę się biegać, bo okazuje się, że to wcale nie jest takie oczywiste, gdy nie biegniesz tylko do tramwaju, który zaraz ucieknie. 
  • Podczas wyjazdu wakacyjnego nabiegałam się za dzieciakami i chociaż nie jest to udokumentowane w żaden sposób, bo na pewno efekt przyniosło.
Na minus:
  • Nie udało mi się zrealizować tzw. domowych treningów. Zabrakło czasu, motywacji, a czasami po prostu siły. 





Tak mniej więcej wyglądało wyzwanie do 20 czerwca. A potem rozpoczął się cykl niespodzianek urlopowych. Pod koniec wyjazdu wakacyjnego dopadła mnie alergia. Tym bardziej niespodziewana, że związana z użyciem kremu do opalania dla dzieci i niemowląt (sic!). Co gorsza w formie opuchlizny i to na twarzy. Wyobraź sobie kobietę po operacji nosa - sina, opuchnięta, odbite oczy. Tak właśnie wyglądałam przez kilka dni. Jak już uporałam się z alergią i zaczęłam cieszyć się na powrót do aktywności wszelakich, los spłatał nam figla i zafundował... jelitówkę. Tak, tak. Za oknem 30 stopni, a my zamiast leżakować, to spędzaliśmy czas w zimnej łazience. Tym samym czerwiec kończę na pełnym luzie, nabierając sił na lipiec. 

Wyzwanie #CzerwiecWRuchu kończy się dla mnie z pewnym niedosytem, ale na pewno pozostaną po nim dobre nawyki. Wdrożony ruch i koleżanka jelitówka spowodowały, że na wadze wyświetliło się dwa kilo mniej niż dotychczas, a mój Szanowny Małżonek dał się namówić, że wyzwanie dietowo-sportowe będziemy kontynuować dalej w duecie. Zatem pod tym względem, to duży sukces.

Mnie #CzerwiecWRuchu zmotywował do dalszej pracy nad swoją kondycją. A Ty bierzesz udział w takich wyzwaniach czy jesteś samotną wojowniczką? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz