piątek, 7 lipca 2017

#Momenty: Czerwiec to czarodziej

Minął czerwiec, a to oznacza, że już połowa roku za nami. Ciężko mi w to uwierzyć, ale łapię się na tym, że co miesiąc ogarnia mnie to samo zdziwienie. To chyba ten okres w życiu, gdy czas biegnie podejrzanie szybko. Początek nowego miesiąca oznacza, że przyszedł czas na #momenty, czyli podsumowanie tego, co wydarzyło się w czerwcu.

Jak wiesz, w maju wyklarowały się moje plany związane ze zmianami w życiu zawodowym. Zdecydowałam się podjąć ryzyko i złożyć wniosek o zmniejszenie wymiaru czasu w pracy. Czemu? Powodów jest kilka. W listopadzie mój osobisty Mąż zmienił pracę. Podobnie jak moja, jego jest zmianowa, więc nie istnieje dla nas pojęcie klasycznego weekendu. Przez ostatnie miesiące bywało tak, że nawet przez tydzień mijaliśmy się. Zawsze któreś z nas musiało mieć możliwość odebrania dziewczyn z przedszkola. Ja miałam wolne, On był w pracy i tak na zmianę. 

Do przedszkola docieraliśmy zazwyczaj jako jedni z ostatnich rodziców, kilka razy musiałam odpuścić jakieś zajęcia dla rodziców i dzieci w przedszkolu, bo wiedziałam, że nie zdążę na czas. Nie było też szans zapisania Hani na regularne zajęcia na basenie. W weekendy dziewczynki notorycznie lądowały u dziadków, bo my byliśmy w pracy, a przedszkole oczywiście zamknięte. Życie rodzinne wyglądało średnio. Widać to było szczególnie po zachowaniu HaNuty, która dawała nam dość mocno do zrozumienia, że to na dłuższą metę nie zadziała. Do tego wszystkiego udało mi się pozyskać kilka zleceń związanych z moim wcześniejszym doświadczeniem. Po długich naradach doszliśmy do wspólnego wniosku: trzeba coś zmienić. Teraz. 

Poza złożeniem wniosku o zmniejszenie czasu pracy do połowy etatu, złożyłam również wniosek o urlop wypoczynkowy. Ostatecznie wyszło lepiej niż miało być, bo Marcinowi też udało się klepnąć wolne. Wyobraź sobie, że udało nam się nawet wyjechać na kilkudniowe wspólne wakacje. Nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie to, że nie byliśmy na wspólnych wakacjach od czterech lat. Ba, to był nasz pierwszy wyjazd w pełnym składzie. Stęsknieni za sobą i totalnym luzem, nie wypuszczaliśmy się za daleko. Czasami do szczęścia nie potrzeba czterogwiazdkowego hotelu ani kurortu (tam najchętniej wybrałabym się na weekend sam na sam z mężem). 

Wybraliśmy kilkudniowy odpoczynek nad Jeziorskiem. Prawie agroturystyka. Kury i krowy na podwórku obok, możliwość zabrania psa, cisza i spokój. Powiem Ci, że totalnie się zresetowałam. Zero ciśnienia. Dziewczynki zachwycone - opalone, wypływały się za wszystkie czasy i wybiegały do utraty tchu. A my z Mężem siadaliśmy wieczorami na tarasie i toczyliśmy boje np. w Monopoly - Gra o tron przy szklaneczce ginu z tonikiem.









Cień na naszym wyjeździe położyła tylko jedna sprawa - alergia. Tym razem dopadła mnie i to w najgorszym możliwym wydaniu. Spuchłam bowiem na twarzy jak ofiara chirurga plastycznego. Nie uwierzysz na co tak zareagowałam. Na krem do opalania dla dzieci i niemowląt! Na szczęście mogę to już puścić w niepamięć, chociaż wtedy nie było mi do śmiechu. 

W czerwcowych #momentach nie mogę nie wspomnieć o akcji blogerskiej, w której wzięłam udział. #CzerwiecWRuchu miał na celu zachęcenie Ciebie i innych do zwiększenia swojej aktywności sportowej. Między innymi na Facebooku i Instagramie pojawiały się zdjęcia otagowane #czerwiecwruchu, które obrazowały aktywność moją i innych blogerek, które wzięły udział w akcji. Jej podsumowanie możesz przeczytać: TUTAJ


Czerwiec to jeden z ważniejszych miesięcy w moim życiu, bowiem to właśnie miesiąc moich urodzin. W tym roku, pierwszy raz od kilku lat, przeżyłam je na totalnym luzie. Bez wielkich podsumowań i snucia planów, które byłyby nierealne do spełnienia z różnych powodów. Zero frustracji z powodu kolejnego roku, który minął. Za to moje dziewczyny z pracy postanowiły zrobić mi wspaniały prezent i dzięki nim rozpoczęłam w czerwcu swoją przygodę z manicure hybrydowym.


Końcówka czerwca, a także urlopu, wymagała ode mnie zwolnienia obrotów. Stało się to za sprawą choroby, której nikt nie lubi, bo męczy człowieka okropnie. Mowa oczywiście o grypie jelitowej, która dopadła mnie i Męża. Hania i Matylda szczęśliwie się uchowały.

I tym sposobem zamknęłam za sobą czerwcowe wydarzenia. To był bardzo dobry miesiąc. Odkąd zaczęłam co miesiąc przyglądać się temu, co już za mną, zwracam równocześnie pilniejszą uwagę na to, co przede mną. Chcę móc po każdym z upływających miesięcy powiedzieć - to był dobry czas.

A Tobie jak minął czerwiec? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz